środa, 10 lipca 2013

66.

Znowu zaczął najeżdzać, że się spóźniliźmy, że jesteśmy nieodpowiedzialni i że w końcu udupi nas u trenera. Hahaha, no powodzenia mu życzę.
Wepchnęłam moją walizkę w rękę Pita i potruchtałam w stronę autokaru. Pogoda najwidoczniej nas nie lubi. Mimo, że opady śniegu ustały ciągle męczą nas bardzo minusowe temperatury.
- Może Pan włączyć ogrzewanie? - Bartman z miną zbitego psa podszedł do kierowcy.
- Zepsuło się - fuknął łysiejący już facet i odprawił atakującego z kwitkiem.
- Kurwa, kuźwa, ja pierdole - niecenzuralne łacińskie słowa wypłynęło z ust... Kovacevića, który z naszym rodowitym językiem jest na bakier, więc co tu mówić o  podwórkowym slangu.
- Ja go tego nauczyłem - Rafał dumnie wypiął klatkę piersiową do przodu, co przy jego puchatej kurtce było trudne do zauważenia.
- Jak ten złom w ogóle odpali - lamentował Zibi, który wręcz dygotał z zimna.
Szczęka chodziła ma w górę i w dół, a dźwięk uderzanych o siebie zębów było słychać za pewne nawet na samym przedzie autobusu.
Zresztą ja nie byłam lepsza. Przytuliłam się do Pita niczym po posmarowaniu naszych ubrań trwałym klejem. Jego ciało dawało mi choć trochę ciepła, bo przecież 36,6 i 36,6 to jest... jeden tu, osiem dalej, sto dwanaście pięć, kurde muszę użyć kalkulatora, zaraz wracam. TO JEST W KOŃCU 73,2! A to już pokaźna temperatura.
- Jęęęssyk.. jęęęsyk mi przymalsł - wybełkotał Kosa, którego ozor przyklejony został do autokarowej szyby. Chyba wolę nie wiedzieć jak to się stało...
- Gdy będziemy mieli jakieś grypy i anginy to niech się pan na nas nie wydziera - Zibi dalej marudził i przeżywał całą tą podróż jak żaba okres.
Że też ten Rzeszów nie jest bliżej Warszawy.
Po jakże dlugiej i wyczerpującej podróży, w czasie której to trzy razy musieliśmy ratować grześkowy język od wiecznego lizania się z szybą, cali przemarznięci zostaliśmy pozostawieni pod rzeszowską halę na pastwę okrutnego losu. Auto Nowakowskiego z trudem udało się uruchomić, jednakże tyle szczęścia nie miało większość zawodników, dlatego zanim podjechaliśmy na nasze osiedle musieliśmy odstawić do domu Igłę, Buszka i Perłę. U tego pierwszego dostaliśmy w prezencie pół brytwanki ciasta czekoladowo-czekoladowego, ulubionego przysmaka naszego libero. Żona Krzyśka stwierdziła, że wyglądam strasznie mizernie, co nie umknęko jej uwadze nawet gdy moje ciało okryte jest grubą warstwą swetrów i zimowej kurtki.
W końcu około godziny dwudziestej dotarliśmy pod nasze bloki. Namówiłam Piotrka, aby wszedł na chwilę do mnie, choćby po to żeby wnieść walizkę.
Jak dobrze mieć takiego osobistego tragaża.
Szukanie kluczy zajęłoby mi na prawdę sporo mojego jakże cennego czasu, dlatego to od razu po opuszczeniu windy rzuciłam się na dzwonek.
Jakież było moje zdziwienie gdy drzwi otworzyła mi Ada. I wszystko byłoby okej gdyby moja przyjaciółka nie miała na sobie tylko karolowej koszulki, a rąk nie wycierała sobie w kuchenną ściereczkę. Chyba wybrałam się na zbyt długi wyjazd.
Dziewczyna z szerokim uśmiechem wpuściła nas do środka.
- Braciszku! Wróciłam - krzyknęłam ale ku mojemu zaskoczeniu mój brat nie wpadł mi w ramiona.
Za to koło moich nóg zakręcił się mały rudy kotek.
- Dominiko Celestyno Toborek - oho mój kochany bart zaraz zacznie prawić mi kazanie.
- Masz na drugie Celestyna? - zachichotał Nowakowski.
- A na trzecie AnastazJa - mruknęłam spoglądając błagalnie na Karola, który właśnie wychodził z łazienki.
- Wzdzwaniam do Ciebie od kilku dni. Do Pita też. I co mi odpowiada? - blablablabla. Karol i te jego święte nauki. Ciekawe czy zdaje sobie sprawę, że jego słowa obchodzą mnie tyle co rozdeptana na chodniku mrówka?
- To jest pytanie retoryczne? - żachnęłam pocierając kark.
- Miśka no ja się martwię - załamał ręce.
Wyjęłam z torby telefon i pomachałam nim przed twarzą Karola.
- Rozładowany - westchnęłam
- Mój też - dodał Piotrek również wgapiając się w ekran swojej komórki.
- Misiu pozwól im chociaż się rozebrać - Ada wzięła naszą stronę i biorąc na ręce kota wypchnęła swojego chłopaka z korytarza.
Rozebraliśmy kurtki, szaliki, czapki i buty, po czym usiedliśmy w salonie. W telewizji leciała akurat powtórka meczu Sovii, a na ekranie przez moment mignęła moja postać. Juhu!
- Ładnie tak nasyłać na nas Ignaczaka ? - warknęłam w stronę mojego brata, który namiętnie głaskał tego małego pchlarza.
- Nie miałem wyboru. Nie odbieraliście - zaczął się tłumaczyć.
Piotrek biernie przyglądał się naszej słownej potyczce, co chwilę mocniej zaciskając rękę na moim pasie.
- Karol do jasnej cholery. Przecież my jesteśmy dorośli - uniosłam głos.
- Nie ważne ile masz lat, zawsze będziesz dla mnie młodszą siostrą - chciał wziąć mnie na słodycz swojego wyznania? Buuu. Przereklamowane.
- Ale zrozum, że nie możesz ciągle mnie kontrolować. Gdy się wyprowadzę to co? Kamerę mi założysz w nowym domu?
- Przepraszam - szepnął chowając twarz w dłonie - nie chciałem abyś tak to odebrała.
- Jakoś to przeboleje. Ale spuść mnie trochę ze smyczy - zaśmiałam się przysiadając się do niego i lekko obejmując go ramieniem.
- Jesteście może głodni? - Ada wychyliła się z kuchni poprawiając swój luźny kok na czubku głowy.
- To chyba ja powinnam Cię oto pytać - uśmiechnęłam się w jej stronę, po czym wstałam i udałam się w stronę kuchni.
- Domi, zaczekaj. Musimy Ci, musimy Wam coś powiedzieć - zatrzymał mnie Karol.

niedziela, 7 lipca 2013

65.

Czuliście kiedyś takie przerażenie, które paraliżuje Was od stóp do głowy? Nie możecie poruszyć nawet paliczkiem. Kompletny brak ruchu.
Właśnie tak miałam w tej chwili. Zamarłam. Zastygłam w bezruchu.
Smuga światła zbliżała się do nas nieuchronnie, aż w końcu w drzwiach stanął dość wysokiej postury mężczyzna.
- Trener? - środkowy otworzył szeroko oczy.
- Piotrek? Dominika? - Kowal był równie zdziwiony naszą obecnością co my jego.
Bo przecież kto normalny przychodzi do kuchni o dwunastej w nocy? Ach tak, takie inteligentne dzieci jak pan Nowakowski i panna Toborek.
- Co pan tu robi? - dopytywał Piter intensywnie wpatrując się w zdziwioną twarz rzeszowskiego szkoleniowca.
- Mógłbym spytać o to samo was - Andrzej wymierzył w naszą stronę swoją latarką.
- My? My tu tylko jemy - podniosłam do góry prawie już opróżnione pudełko lodów cytrynowych.
- Tak myślałem, że pomysł Kajetanicza aby puścić was bez kolacji nie będzie zbytnio dobrym - westchnął Kowal zaglądając do hotelowej spiżarni.
- To my już pójdziemy do siebie. Smacznego trenerze - zasalutował Nowakowski i łapiąc mnie za rękę pociągnął w stronę wyjścia.
Gdy tylko wyszliśmy z restauracji zaczęliśmy się śmiać. Po chwili jednak przypomnieliśmy sobie, że mamy środek nocy i za pewne wszyscy już śpią. Uciszyliśmy się wzajemnie, po czym zaczęliśmy wtaczać się powoli po schodach.
- Poszło mi w tyłek - mruknęłam pokonując ledwo co ostatni stopień.
- Ja tam lubie Twój tyłek - zaśmiał się Nowakowski błyskawicznie przyciskając mnie do ściany koło drzwi do naszego pokoju.
Zaczęliśmy się całować. I to nie byle jak całować! W tych pocałunkach przekazywaliśmy wszystkie nasze emocje i uczucia. Pokazywaliśmy nimi jak bardzo nam na sobie na wzajem zależy. Otoczone były niezwykłą magią i... intymnością.
- Piter przestań. Chłopaki są w pokoju - uderzyłam go lekko w ramię, gdy ten ze mną okalającą dookoła jego biodra nogami chciał wejść do środka.
- Już ich pewnie nie ma - odparł szybko zostawiając mokre plamy na mojej szyi.
Kiedy weszliśmy do pokoju, środkowy momentalnie oparł mnie plecami o drewnianą strukturę drzwi i nie przestawał całować, po woli zsuwał z mojego ramienia luźny T-shirt.
- Ekheem - usłyszeliśmy głośne chrząknięcie i błyskawicznie zaprzestaliśmy wykonywania poprzedniej sytuacji.
Wychwyliłam się zza głowy Pita, a widząc zapatrzonych w nas jak w ekran telewizora w czasie wielkiego El Classico siatkarzy wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem.
- My chyba dzisiaj nocujemy u Miśki i Piotrka, co nie chłopaki? - ta mała łajza jak zwykle wypaliła ze swoim superhipermegawspaniałym pomysłem. A jak on coś wymyśli to klękajcie narody.
- No dywan tu mają nadzwyczajnie wygodny - Bartman pogłaskał puchowy dywan próbując zrobić przy tym jak najbardziej naturalną minę. Trochę mu się nie udało, niestety.
- To po co prezes wynajmował aż tyle pokoi? - załamana ich błyskotliwym pomysłem usiadłam na miękkim materacu łóżka - na to samo by wyszło gdyby wynajęli jeden i tak całą noc siedzicie u nas.
- Bo was lubimy? - Perłowski próbował ratować sytuację.
- Nie martwcie się dzieci nie będzie - Nowakowski uśmiechnął się delikatnie i otworzył drzwi łagodnie dając do zrozumienia swoim kolegom, że powinni już wyjść.
Resoviacy kolejno zaczęli przekraczać próg żegnając się z nami życzliwym 'dobranoc'. Na końcu wyszedł Ignaczak zniesmaczony faktem opuszczenia naszego pokoju.
- Tylko proszę was nie zróbcie nic głupiego, bo Karol mnie zabije - szepnął mi na ucho na odchodnym.
Pokiwałam z pełnym politowaniem głową i poczekałam aż Piter zamknie za nimi drzwi i zgasi światło.
- Romantyczna atmosfera prysła - westchnął gdy delikatnie położyłam głowę na jego tors.
- Kiedyś to nadrobimy - mruknęłam i zmęczona zamknęłam oczy.
Powieki robiły mi się coraz częstsze aż w końcu całkowicie usnęłam.

- Noo co tam gołąbeczki? - Igła wparował do naszego pokoju w zaskakująco wybornym humorze - są ubrani, jestem uratowany - dodał omiatając naszą dwójkę swoim bystrym spojrzeniem.
- Która godzina? - jęknęłam przecierając jeszcze zaspane oczy.
- Już po dziesiątej. Przegapiliście śniadanie.. a i jeszcze zaraz wyjeżdżamy.
- I tak już bym nic nie zjadła. Jestem pełna po tych wczorajszych lodach - westchnęłam wstając powoli z łóżka.
- Jakie lody? Co wyście zrobili? - Igła aż zawrócił się ze swojej drogi ku wyjściu z naszego pokoju. Miał jakieś brudne myśli? Czy może to tylko ja mam skojarzenia?
- Cytrynowe, Krzysiu, cytrynowe - zaśmiałam się znikając w łazience.
- A już myślałem, że... a zresztą nie ważne. Za dwadzieścia minut zbiórka - oznajmił, po czym słychać było tylko trzasnięcie drzwi.
Dwadzieścia minut? Trzeba maksymalnie podkręcią obroty, bo Piter zacznie się niecierpliwić.
- Miśka wchodzę do łazienki - krzyknął, po czym już stał obok mnie i szczotkował zęby.
W czasie gdy on dalej przebywał w łazience ja wyszłam z niej i zaczęłam się ubierać. Po niecałych dwudziestu minutach znaleźliśmy się w recepcji, gdzie Daniel już odstawiał swoje tradycyjne szopki.

piątek, 5 lipca 2013

64.

Wspominałam Wam już o jednej najbardziej istotnej w tejże chwili rzeczy? Nie? No to teraz z ręką na sercu mówię Wam (proszę mi się tu nie śmiać, bo to wcale śmieszne nie jest) iż boję się ciemności.
Bo przecież strach jest rzeczą nieuniknioną, istotną częścią życia każdego człowieka. A jeżeli każdego no to również i mnie.
Strach równa się niepewności. Więc i ciemność niesie ze sobą niepewność.
- masz jakąś latarkę w telefonie? - zaczarowałam spojrzeniem choć on tego i tak nie dostrzegł.
- no nie mów mi, że taka duuuża dziewczynka boi się ciemności - nawet w tym mroku widziałam jak się uśmiecha.
Tutaj nawet mój bazyliszkowy wzrok nie pomoże, bo przecież panujące tu egipskie ciemności skutecznie to uniemożliwiają.
- chodź Ciamajdo idziemy do reszty . Zaraz powinni włączyć zasilanie awaryjne.
Złapał mnie za dłoń i przy wąskiej smudze światła wychodzącej z jego dotykowego telefonu powoli zaczęliśmy schodzić po schodach. Pomijając fakt, że potknęłam się jakieś pięć razy byłam zadowolona z tej przechadzki. Do czasu. Jak już wiecie mam zawsze rację. Dlatego też bez zbędnych cerebeli chciałam pokonać ostatni już schodek, tylko kuźwa jego już tam nie było. Runęłam jak długa na płaskiej, błyszczącej powierzchni parteru, nieumyślnie ciągnąc za sobą Piotrka. Oboje wylądowaliśmy na podłodze, tylko Pit miał trochę lepszą pozycję, bo nie obił swoich czterech liter, gdyż upadł prosto na mnie, przygniatając mnie swoim niemałym ciężarem.
Jednakże to się teraz nie liczyło. Czułam jak jego twarz powoli zbliża się do mojej aby w końcu jego usta dotknęły moich. Zapomnieliśmy się w namiętnym pocałunku, który przerwali nam dopiero dwaj przyjmujący rzeszowskiej drużyny. Lotman i Achrem świecili nam prosto w oczy latarkami z logiem LOT-u.
W trakcie drogi powrotnej do naszego "obozu" zostało włączone awaryjne zasilanie i wreszcie nie musiałam obawiać się każdego postawionego kroku.
- wreszcie! Ile można na was czekać ! - Kajetanowicz tupał prawą nogą sprawdzając na zegarku upływający czas.
- nigdy nie byłeś zakochany? - Bartman znacząco spojrzał na naszą dwójkę.
- nie - uciął krótko Daniel.
- aaa faktycznie. Kto by tam chciał takiego... Ciebie - Zibi dokończył swoją ciętą ripostę.
- koniec tych docinek. Zbieramy się do hotelu. Tylko poubierać się ciepło! - poinformował trener zapinając przy tym kurtke pod samą szyję.
Musieliśmy przejść kilkaset metrów dzielących lotnisko od hotelu. Pogoda na dworze odstraszała. Śnieg padał i padał i tu Was zaskoczę... padał. Po piętnastu minutach morderczej drogi zameldowaliśmy się w przytulnym holu hotelu.
- Ja z Miśką ! - zaklepał mnie Nowakowski.
Trener tylko pokiwał z politowaniem głową i przydzielił nam pokój.
- Andrzej wiedział co robi - zaśmiał się Piter, gdy po przekroczeniu progu naszego "apartamentu" zobaczyliśmy jedno dwuosobowe łóżko.
Jako pierwsza zajęłam łazienkę i trochę się odświeżyłam. Wychodząc z niej doznałam szoku. Piotrek bezradnie siedział na łóżku, a po pokoju biegali na wpół roznegliżowani siatkarze.
- co tu się dzieje? - zapytałam tonem surowej nauczycielki, która wchodzi do zdemolowanej sali lekcyjnej.
- robimy impreeeeze - zawył Igła po czym uderzył swoim biodrem w moje.
- ale dlaczego u nas, a nie w Twoim pokoju? - uniosłam brwi do góry, marszcząc przy tym czoło.
- bo tak - Kosok wyruszył ramionami, po czym rzucił w moją stronę butelką wody niegazowanej, która jak mniemam zastępowało wódkę.
- z takim argumentem nie wygrasz - westchnął Nowakowski oplatając mnie swoimi długimi rękami - Karol ich przysłał żeby przypadkiem dziecka z tego nie było.
- ręce opadują.. - mruknęłam patrząc na rozbrykane towarzystwo.
- opadają, kochanie, opadają - poprawił mnie z widoczną satysfakcją.
- tańczycie? - Perłowski wręcz skoczył w naszą stronę składając tą propozycję.
- a chcecie mieć przesrane u trenera? Daniel z przyjemnością was udupi - zaśmiałam się drwiąco.
- dlatego będziemy tańczyć na sucho - Buszek klasnął w dłonie i zaczął wywijać ciałem do tylko sobie znanej melodii.
- musimy stąd zwiać - szepnął Piotrek zanim Bartman zdążył porwać mnie do tańca.
Choć nie wiem czy te nasze dziwne pląsy można w jakikolwiek sposób porównać do tańczenia. Trudno było mi się wbić w rytm Zbyszka nie słysząc w ogóle muzyki. W końcu po żmudnych próbach odtańczyliśmy jeden kawałek, który zapuścił ze swojego niewidzialnego odtwarzacza DJ Igła.
- gorzej niż w przedszkolu - podsumowałam zachowanie tych dorosłych w sposób fizyczny mężczyzn gdy tylko udało mi się razem z Pitem opuścić nasz pokój.
Pędziliśmy na złamanie karku gdzie tylko nogi nasze chciały. A byliśmy potwornie głodni, więc nogi zaciągnęły nas do hotelowej kuchni, która ku naszemu szczęściu nie roiła się od pracowników.
Usiadłam na metalowym blacie tworzącym na środku pomieszczenia obszerną wyspę. Po chwili dołączył do mnie Piotrek, który z chłodni przyniósł pudełko lodów cytrynowych i dozownik z bitą śmietaną.
Siedzieliśmy prawie po ciemku, jedynie światło księżyca i pobliskiej ulicznej latarni wpadały przez okno i rozświetlały pomieszczenie.
Pudełko lodów zmierzało już ku końcowi swojego istnienia, a bita śmietana "ozdabiała" nasze ubrania. Właśnie wyciskałam kolejną jej porcję do pudełka znikających w ekspresowym tempie lodów, gdy w pomieszczeniu obok zapaliło się znikome światło.



|!|
Przepraszam, ale cyborgiem nie jestem.

sobota, 29 czerwca 2013

63.

Polska przywitała nas... śnieżycą. Okropną śnieżycą. Z niemałymi trudnościami pilot zaparkował samolot na płycie lotniska.
- no i nie było tak strasznie - Piotrek uśmiechnął się pokrzepiająco, gdy wreszcie udało nam się zniknąć za drzwiami budynku.
Uderzyło w nas ciepło. Zaczęliśmy w ekspresowym tempie zdejmować odzienie wierzchnie, czytaj: kurtki, czapki i szaliki, a Lotman zdjął nawet swój sweterek w reniferki.
Myśleliśmy, że wszystko co złe jest już za nami. Niestety myliliśmy się. To co najgorsze było dopiero przed nami..
- utknęliśmy tu - powiadomił trener Kowal.
- ahaaa. Jaja sobie pan robi? - Zbyszek zarzucił torbę na ramię i już chciał wychodzić na dwór... ale w porę został powstrzymany przez trenera.
- powodzenia Bartman, powodzenia - zaśmiał się Andrzej.
Atakujący wyszedł na zewnątrz, a my przyjmowaliśmy zakłady za ile wróci.
I wrócił. Po (i tu patrzę na zegarek) dwudziestu pięciu sekundach ujrzeliśmy Zibiego... o ile tego bałwana (i nie mówię tu o jego charakterze tylko o tym śniegu który pokrywał jego całego) można nazwać właśnie Zibim. Szczęka drżała mu jak opętana, ale to porównanie chyba nie jest na miejscu, przypominając sobie wydarzenia z Włoch. Tak więc teraz wszyscy wyobraźmy sobie dygoczącego Bartmana pokrytego od stóp do głowy białym puchem.
- jaki dżezzz - Ignaczak parsknął śmiechem niczym rodowity koń arabski.

Zostaliśmy uwięzieni w Warszawie... strasznie to brzmi.
Usiedliśmy, a raczej rozsiedliśmy się wygodnie na kanapach i obserwowaliśmy jak po całym obiekcie biegają podenerwowani ludzie. Tylko my wyglądaliśmy na takich wyluzowanych i nie przejmujących się pogodą szalejącą za oknem.
- długooo jeeeszcze? - marudził o dziwo nie Igła, czy Dobrowolski, tylko samotny, bezdzietny Bartman.
- jak Ci się nie chce tu siedzieć to zapieprzaj tymi zaspami do Rzeszowa - zaproponował Kosok na co atakujący tylko charakterystycznie prychnął.
- gdzie ty się tak śpieszysz ? - zagaił w końcu Nowakowski, bo od dłuższego czasu widać było, że nurtuje go to pytanie - dziewczyna o ile wiem na Ciebie nie czeka
- no bo kuźwa kupiłem sobie psa i obiecałem sąsiadce, że dzisiaj go odbiore - fuknął Zibi.
Tak na marginesie to powinien chodzić z tabliczką informującą, że bez kija nie podchodź.
Zaledwie chwilę później, no może dwie chwile, podeszła do nas jedna z pracownic lotniska i rozdała koce. Oznaczało to tylko jedno : dziś Warszawy nie opuścimy.
Wygodnie oparłam się o piotrkowe ramię, a powieki same opadły na dół.

Obudziło mnie lekkie szturchnięcie.
- Piotreeek - mruknęłam.
- chodź ze mną na spacer - zaproponował.
- chcesz spacerować bo budynku - uniosłam brwi do góry i z politowaniem spojrzałam na siatkarza.
- ależ owszem - pociągnął mnie za rękę zmuszając do wstania.
Muszę przyznać że Resoviacy wyglądali przekomicznie. Pozwijali się w kłębki i tak skuleni śnili za pewne o następnych meczach.
Pit nie dał mi długo cieszyć się ty widokiem. Splotł nasze palce i powoli kroczył ciągnąc mnie za sobą. Nie wiem w jakiej części budynku byliśmy. Nie wiem również jak z powrotem wrócić do reszty grupy.
Było cicho. W około w małych grupkach siedzieli podróżni, którzy albo komunikowali się z bliskimi albo po prostu przysypiali.
Stanęliśmy przy dużym oknie i obserwowaliśmy padający na zewnątrz śnieg. Piotr objął mnie od tylu i ułożył swój podbródek na moim ramieniu.
Było tak romantycznie, ale do czasu. Do czasu gdy nagle w około zrobiło się ciemno.   

niedziela, 23 czerwca 2013

62.

Kilka dni później przyszła pora na starcie naszych Resoviaków z miejscową drużyną. Podopiecznym trenera Kowala udało ugrać się tylko jednego seta, z czego ku wiekim niezadowoleniu wszystkich cieszył się Daniel.
- proszę Cię tylko nam nie mów że nic się nie stało - już u progu szatni zaatakował mnie Bartman.
- nawet nie zamierzam - prychnęłam - Piotrek musimy się śpieszyć.
Środkowy kiwnął głową i już po chwili był gotowy do wyjścia. Odebrałam od Paula ostatnie wskazówki, po czym razem z Nowakowskim wsiadłam do zamówionej taksówki.

- ależ tu romantycznie - stwierdził Pit gdy przed naszymi oczami rozciągnął się widok starego zaniedbanego cmentarza.
- cholernie romantycznie.. - fuknęłam trzęsąc się ze strachu.
W dłoniach ściskałam czarny modlitewnik i małą czerwoną lampkę. Piotrek popchnął metalową bramę, a moje uszy przesiąknął przeraźliwe skrzypienie, jakby pochowane tu dusze błagały aby nie zakłócać im spokoju pośmiertnej egzystencji.
Powoli stąpałam po wydeptanej między wysoką trawą ścieżce. Stare, zbutwiałe, drewniane krzyże pochylały się nad ziemią, a mała murowana, trochę podniszczona kapliczka wyglądała niczym wyjęta z planu nowego horroru. A pośród tego JA. Ja bojąca się małego pająka, myszy, szczurów i gadów. Ja, która ledwo co przesuwałam się do przodu przechodząc obok pokrytych mchem nagrobków. Ja dla której filmy z gatunku horrorów w ogóle mogłyby się istnieć.
Nawet nie zauważyłam kiedy mocniej ścisnęłam piotrkową dłoń.
- hej, no przecież jestem tutaj - oznajmił pokrzepiająco.
Nabrałam powietrza w usta i skręciłam w prawo, aby jeszcze chwilę pobłądzić po cmentarnych uliczkach, bo przecie to sprawiało mi taką przyjemność...
Poczułam jak po mojej nodze przebiega coś małego, włochatego, z długim ogonem.. kuźwa tu są szczury!
- nie patrz pod nogi - polecił mi Nowakowski.
Miałam ochotę krzyczeć i wynieść się jak najdalej od tego miejsca. Miałam ochotę zajebać Paula za sprowadzenie tego ducha.
Piotrek pociągnął mnie delikatnie za rękę czym uświadomił mi, że powinniśmy iść dalej. Serce łopotało mi ze strachu jak flaga Resovi podczas meczu.
- to chyba tutaj..
Skinęłam głową w czasie gdy Piotr przetarał zamchlony i zabrudzony napis na nagrobku przed którym się zatrzymaliśmy. Drżącymi rękami próbowałam odpalić znicz, ale wszystkie próby kończyły się fiaskiem, a raz nawet podpaliłam wysuszoną trawę. Ostatecznie do Nowakowski zadbał o "miłą atmosferę" w czasie żegnania się z Mietkiem. Te kilka dni uświadomiło mi, że o wiele bardziej wolę docinki Kajetanowicza, aniżeli obecności zakochanego bezwzajemności ducha. Bo co to na przyjemność brać prysznic mając świadomość, że bezcielesna istota stoi obok ciebie i obserwuje każdy twój ruch?
Piotrek poświęcił mi telefonem, a ja łamliwym głosem wydukałam słowa łacińskiej modlitwy.
Niespodziewanie zerwał się gwałtowny wiatr, przepełniony przeraźliwym krzykiem. Krzykiem pochowanych tutaj ludzi? Pospiesznie dokończyłam pożegnalnego obrzędu i nie zastanawiając się długo opuściłam obszar cmentarza. Dopiero gdy zardzewiała brama skrzypnęła za nami mogłam odetchnąć z ulgą.
- nigdy więcej - wyszeptałam normując oddech.
- czemu? Przecież fajnie było - zaśmiał się siatkarz dzwoniąc po włoską taksówkę.

Po chwili byliśmy już w drodze do hotelu. Taksówkarz był zaskoczony miejscem, z którego nas odebrał. Uraczył nas nawet historią o pewnym podróżnym, który zaginął kilka lat temu na terenie tegoż cmentarza. Nie chcą słuchać końcówki tej historii usnęłam oparta o pitowe ramię.
Obudziłam się, jak się pewnie domyślacie, niesiona przez niego do naszego pokoju. Wpoił mi, że tak słodko wyglądająm gdy spałam, że grzechem byłoby mnie budzić, a przecież on jest sportowcem i zdarza się, że dźwiga na siłowni więcej niż moje sześćdziesiąt kilo.
Zniknęłam za drzwiami łazienki i szybko przygotowałam się do spania. Piotr siedział już na moim łóżku i dokładnie oglądał jakąś kartkę papieru.
- co tam masz? - wskoczyłam na miękki materac i wyrwałam mu papier - pamiętaj, że zawsze będę Cię kochał nawet gdy już nigdy nie dane nam będzie się zobaczyć. Zaczekam na ciebie tam na górze - przeczytałam na jednym oddechu.
- mam czuć się zazdrosny ? - Nowakowski zmarszczył śmiesznie czoło i wydął do przodu dolną wargę.
- jeżeli chcesz - pocałowałam go w policzek i zniknęłam pod kołdrą.
Ten koszmar właśnie się skończył.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

61.

Strach jest rzeczą normalną. Podstawą ludzkiego funkcjonowania. Każdy z nas ma jakieś lęki, fobie. Ja na przykład cholernie, panicznie, kurewsko boję się duchów. Zrządzenie losu, prawda?
Moje wybawienie przed atakującym znikąd Mietkiem przyszło razem z wychodzącymi z części prysznicowej siatkarzami. Duch jakby się rozpłynął. Zniknął z powiewem wiatru. Za to ja nie wyglądałam najlepiej bo zaraz obok mnie zjawili się Resoviacy i niemal chórem zapytali co się stało.
Paul, dowiedziawszy się co przed chwilą przeszłam zaczął przepraszać, po czym skruszony zatopił się w swoim modlitewniku.
- panienki wyszykowane? Czy trzeba jeszcze czekać? - do szatni wparował Kajetanowicz.
- jeżeli Ci się coś nie podoba to zapierdalaj za pieszo - warknął Bartman podchodząc do Stażysty.
- panie gwiazda niech pan nie przegina - zaśmiał się szyderczo Daniel.
- panie Debil niech pan stąd wypieprza - Zibi "pomógł"  mu odwrócić się, a następnie lekko popchnął go w stronę drzwi.
- tylko następnym razem nie wrzeszcz w nocy jakby się ze skóry obdzierali - rzucił jeszcze Dobrowolski zamykając za Nowym drzwi.
Siatkarze specjalnie zwolnili tempo przebierania się aby jeszcze bardziej zdenerwować "Zło tego świata".
W końcu po upływie około trzydziestu minut, kiedy to nie robiliśmy nic poza oglądaniem zdjęć, zlitowaliśmy się i zajęliśmy nasze miejsca w autobusie. Niestety Kajetanowicz musiał się jeszcze pomęczyć, bo reszta sztabu szkoleniowego robiła rozpoznanie w okolicy. Aż mi się go szkoda zrobiło... Albo nie.
- no Danielku to może pobiegniesz jak gazela do Kowala i poprosisz o zakończenie wycieczki, jeżeli nadal Ci się tak spieszy - naśmiewał się Bartman, który chyba najbardziej nie znosił Stażysty.
Kajetanowicz nic się nie odezwał tylko cierpliwie czekał na odjazd autobusu. Za to my mieliśmy z niego niezły ubaw.
Wreszcie, po wspólnym obejściu parku wokół hali (oczywiście aby jeszcze bardziej zdenerwować Daniela), dotarliśmy do hotelu. Przesunęłam kartę w czytniku i popchnęłam drzwi. Coś mnie tknęło i zajrzałam do łazienki. Jednakże nic nowego się tam nie pojawiło, oprócz zniknięcia wiadomości na lustrze. Wysyłam z pomieszczenia i spojrzałam na łóżko. Zamarłam. Miałam ochotę wybiec z krzykiem ale w porę u mego boku zjawił się Lotman.
- przyszedłem Ci powiedz... What the fuck? - stanął jak wryty przyglądając się porozrzucanej po moim łóżku bieliźnie i płatkom czerwonych róż. To na pewno nie jest robota Nowakowskiego.
- ja mam już dość - jęknęłam zsuwając się po ścianie na podłogę.
- ja Cię bardzo przepraszam - Paul usiadł obok mnie z miną skruszonego psa - przecież wiesz, że to nie miało tak wyglądać.
- wywołałeś nie tego ducha co trzeba.
- jak na pierwszy raz to dobrze, że chociaż się udało.
- pierwszy raz? - zszokowana zmarszczyłam czoło.
- jestem po kursie - przyjmujący dumnie wyparł pierś do przodu - mogę Ci nawet licencję  pokazać.
- nie trzeba - uśmiechnęłam się pierwszy raz odkąd weszłam ponownie do tego pokoju - a tak w ogóle to po co przyszedłeś?
- aaach.. czekaj, czekaj. Niech sobie przypomnę.. - zrobił minę typowego myśliciela. Wygiął usta w dziobek przy okazji unosząc do góry brwi. Wyglądał przekomicznie - mam! Przybyłem Ci oznajmić, że wiem jak pozbyć się Mietka.
Rozpromieniłam się. Rozradowałam. W oczach wręcz pojawiły mi się świeczki. Czyżby mój mini problem bez rozwiązania znalazł swoje rozwiązanie? Czyżby moje męczarnie wreszcie miały się skończyć? Możliwe, ba! Bardzo możliwe. Tylko najpierw muszę znaleźć odwagę aby w środku nocy jechać na stary włoski cmentarz by znaleźć nagrobek Mietka, polskiego żołnierza walczącego w legionach włoskich, i zapalić na nim znicz. Proste? Zapewne tak. No chyba, że na się paniczny lęk przed takimi zjawami i upiorami. A nocne wypady na cmentarz tym bardziej nie wchodząc w grę.
Muszę odnaleźć nadzieję na ratunek z tej chorej, para-nienormalnej sytuacji. I nie ważne, że ludzie nazwą mnie głupią dziewuchną, nie uwierzą w to co się dzieje. Ważne, że jest szansa aby pozbyć się Mietka. Tylko trzeba znaleźć odwagę.
Pamiętajcie, wywoływanie duchów nie jest bezpieczne i odradzam robienie tego w domu, a gdyby proponował wam to Lotman od razu odmówcie. Dobrze Wam radzę, Słoneczka moje.



 z poślizgiem czasowym, bo wczoraj nie miałam czasu.. 
całe popołudnie na Pikniku Rodzinnym organizowanym przez moją szkołę. 

Polska przegrała dwa razy, ale gdybyśmy zagrali jeszcze jeden mecz z Brazylią idę o życie, że udałoby się wygrać.

Jutro wybieram się ze szkolną drużyną siatkówki na turniej. 
Trzymajcie kciuki :D 

wtorek, 4 czerwca 2013

60.


- jeżeli ten duch ma mi wywijać takie numery to ja dziękuje bardzo - oznajmiłam gdy do łazienki wchodzili pierwsi siatkarze.
Oczywiście Piotr wpadł do pomieszczenia jako ostatni i z wielkim przerażeniem ukucnął tuż obok mnie, po czym mocno mnie przytulił.
- co się tak właściwie stało? - zapytał po chwili ciągle nie wypuszczając mnie ze swoich ramion.
- myślę, że podobało Ci się straszenie Daniela. Może się umówimy? Bezduszny Mietek - Ignaczak odczytał wiadomość zapisaną na lustrze moją czerwoną szminką.
- ty, Piter, jakiś bezcielesny staruszek chce Ci poderwać laskę - zaśmiał się Bartman uderzając środkowego w plecy.. aż mu pewnie płuca odbiło.
- Lotman, wywołałeś jakiegoś zboczeńca - zaśmiał się Buszek.
- jasne śmiej się, śmiej. To nie z Tobą chce się umówić jakieś widmo - mruknęłam oburzona mierząc go mnie zabójczym wzrokiem. Jak tak dalej pójdzie to Rafał sam spotka się z Bezdusznym Mietkiem po drugiej stronie rzeki umarłych.
- a jak się spikniecie - zaczął Dobrowolski, a ja już przeczuwałam, że lepiej byłoby gdyby nie kończył - to będziecie mieli dzieci zombi?
- oczywiście, a Twoje będą się z nimi bawiły - fuknęłam ironicznie.
- ej to dokładnie tak jak w Simsach - Kosa wygłosił swoją jakże trafną teorię.
- Kowal. Trening. Szybko.
Te trzy słowa wypowiedziane z ust przybyłego dopiero co Schöps'a ostudziła zapały siatkarzy do wyswatania mnie w duchem. Usłyszałam tylko "zajmiemy się tym później" i wszyscy na łeb na szyję rzucili się do drzwi. Zabrałam aparat i zaraz za Resoviakami wyszłam z hotelu.
- pięć minut spóźnienia - oznajmił na wstępie Daniel.
Rozejrzałam się w około i raczej żaden siatkarz nie przejął się gadaniną stażysty. Ignaczak dodatkowo stwierdził, że Mietek za słabo zabawił się z nim w nocy, więc wszyscy do autobusu weszli z wielkim bananem na twarzy. Krzysiu zawsze potrafi rozruszać towarzystwo.. nawet umarłych.
- czuje emanującą energię Mietka - szepnął Lotman gdy wszyscy siedzieli już na swoich miejscach.
Jak na zawołanie zasłonka w oknie poruszyła się. Przeszły mnie dreszcze, więc przysunęłam się jeszcze bliżej Piotrka.
- hej Misia.. nie bój się - pocałował mnie w czoło co rzeczywiście dodało mi odwagi.
Mietek chyba się zezłościł, bo zaraz po tym jak Piotr oderwał usta od mojej skóry wszystkie zasłonki zaczęły się ruszać.
- Lotman, wywołałeś nadpobudliwego ducha - warknęłam.
- on wcale nie jest nadpobudliwy - bronił go przyjmujący - on po prostu jest zakochany, nieszczęśliwie zakochany.
- w człowieku - dodał Kosok.
- boże jak w jakimś horrorze - krzyknął Bartman, czym zwrócił uwagę trenerów. Jednakże jego głupkowaty uśmieszek skutecznie odwrócił sztab.
- w co myśmy się wpakowali - westchnął Nowakowski mocniej mnie obejmując.
- w co wyście mnie wpakowali - poprawiłam go, po czym rozpłakałam się jak małe dziecko.
Stanowczo za dużo się dzieje.

Wysiedliśmy na parkingu przed halą. Wszyscy otworzyli oczy ze zdumienia widząc wielkość obiektu. A jeszcze większym zaskoczeniem była grupka osób ubrana w biało-czerwone pasiaki. Widziałam w oczach Resoviaków łzy. Chłopaki chwilę porozmawiali w kibicami i porozdawali autografy. Dla potomnych postawie zdjęcie Zbysia ocierającego z policzków słone krople.
Dzisiejszy trening nie należał do najłatwiejszych. Kowal nie oszczędzał swoich podopiecznych. Kilka razy kazał im powtarzać tą samą akcje, aby tylko dojść do pułapu perfekcyjności  Na znak szkoleniowca otępiale ruszyli w stronę szatni. Nie zaprzepaściłam niepowtarzalnej propozycji Piotrka i zniknęłam za drzwiami razem z zawodnikami.
Zanim wyszli z części prysznicowej zdążyłam zjeść dwa pitowe batoniki.
Jednak chwilę później modliłam się o ich szybszy powrót. Przez szatnie przeszedł powiew winnego wiatru co za sponsorował nam nikt inny jak Bezduszny Mietek. Niewielkie lustro wiszące na ścianie nagle spadło, a szło potłukło się w drobny mak.
Jak siatkówkę kocham, zejdę tu zaraz na zawał.
Czułam zimny oddech na karku.. o ile duchy potrafią oddychać. Po prostu czułam jego obecność i to przerażało mnie najbardziej. Nikt mi nie uwierzy ale umarlak zapędził mnie w kozi róg szatni. Nie miałam jak się bronić, bo nawet nie wiedziałam gdzie ten jest mój oprawca. Chciałam krzyknąć, ale mogłam. Wydawało mi się, że upiór mnie dusi. A może to tylko moje chore paranoje.